11.Losy sprawiedliwych – przeżycia Eliasza

image_pdfimage_print

Pozostając przy wydarzeniach tamtego czasu, myślę teraz o proroku Eliaszu. Wprawdzie nie znamy szczegółów jego życia i aktywności proroczej, zanim stanął przed Achabem (1 Krl 17,1), aby ogłosić, że oto rozpoczyna się okres suszy i głodu, jednak z Listu ap. Jakuba (5,17) dowiadujemy się, że to właśnie on modlił się o zesłanie tej klęski na swój własny naród. A na ten dramatyczny krok zdecydował się prawdopodobnie dlatego, iż jego wcześniejsze, pewnie wielokrotne wezwania kierowane do króla i ludu izraelskiego, nie odniosły żadnego skutku. Niestety, sytuacja rozwinęła się w takim tragicznym kierunku, gdyż zostały zburzone podstawy”, a chwiejni Izraelici pozwalali sobą manipulować odstępczym przywódcom Izraela, i coraz bardziej rozzuchwalonym kapłanom Baala! W tej sytuacji sprawiedliwy Boży człowiek podjął kolejne działanie, choć to wiązało się z jego osobistym dramatem, jako że w ten sposób narażał się na dwa poważne zarzuty:

  • Najpierw ten, iż zamiast chronić lud izraelski przed nieszczęściem nawet za cenę własnego życia – jak na przykład uczynił to wcześniej Mojżesz („[…] Oto lud ten popełnił ciężki grzech, bo uczynił sobie bogów ze złota. Teraz, racz odpuścić ich grzech, lecz jeżeli nie, to wymaż mnie ze swojej księgi, którą napisałeś – 2 Mjż 32,31.32), on woła o bezwzględne, surowe ukaranie Izraelitów!

  • Drugi zarzut był jeszcze cięższy i dotyczył tego, że sprowadzając klęskę suszy na Izrael, Eliasz okazał się nielojalnym wobec własnego króla i narodu – jako że na skutek tego,sprawy wewnętrzne Izraela, dotyczące sytuacji religijnej i aktów hańbiącego bezprawia (por. sprawę Nabala!), stały się znane okolicznym, niechętnym Izraelowi narodom! Tym bardziej, że w czasie suszy prorok uszedł z państwa Achaba – najpierw na wschód, poza Jordan nad potok Kerit, a potem na zachód, do fenickiej miejscowości Sarepta, gdzie usługiwała mu pogańska niewiasta (por. Łk 4,24-26)!

Ze względu na to, że w sprawozdaniu biblijnym z tamtego czasu brak szczegółowych informacji o nastrojach, jakie panowały w Izraelu w okresie suszy, trudno dziś dojść w jakiej formie te i inne zarzuty zostały wyartykułowane. Same jednak zarzuty wydają się zasadne i brzmią na tyle poważnie, że warto się do nich odnieść. Tym bardziej, że i ja kiedyś byłem przez pewne osoby <odpytywany> w tej sprawie. A więc:

Czy Eliasz kochał Izraelitów mniej, niż Mojżesz?

Każdy, kto tak pomyślał, popełniał błąd w założeniu, porównując z sobą rzeczy odmienne. Bo pod Synajem, gdzie Izraelici czcili złotego cielca, kara nie miała na celu przywołanie ich do upamiętania – jak to było za dni Eliasza – lecz miało to być odrzucenie i całkowita zagłada („I dalej mówił Jahwe do Mojżesza: Widzę, że ten lud jest ludem twardego karku. Teraz więc ielki lud” – 2 Mjż 32,9.10 BP).

Czy Eliasz był winien zniesławienia ludu Bożego, a pośrednio także Boga?

Chce podkreślić, że poza Eliaszem, także inni mężowie Boży Starego Testamentu publicznie – wobec Izraela i wobec innych narodów – piętnowali odstępstwa pojawiające się wśród tego narodu, i zapowiadali Bożą karę na niewiernych kapłanów i królów, książęta i lud! Co więcej, Biblia świadczy, że sam Pan uznawał to, za coś naturalnego. Boża Księga sprawozdaje, że w każdym czasie – od czterdziestoletniej wędrówki poczynając, poprzez epokę Sędziów i królów izraelskich – wszystko, co działo się wśród wybranego narodu, było znane innym ludom i ich władcom. Oni wiedzieli (i mieli wiedzieć!), co zapewnia Izraelitom życzliwość Jahwe i pomyślność życiową(„Patrzcie, nauczyłem was ustaw i praw, jak mi rozkazał Pan, mój Bóg […] Przestrzegajcie ich więc i spełniajcie je, gdyż one są mądrością waszą i roztropnością w oczach ludów, które usłyszawszy o wszystkich tych ustawach powiedzą: Zaprawdę, mądry i roztropny jest ten wielki naród…” (5 Mjż 4,5.6). Wiedzieli także (i powinni wiedzieć!), co jest powodem ich klęsk i niepowodzeń („Lecz jeżeli wy i wasi synowie odwrócicie się ode mnie i nie będziecie przestrzegali moich przykazań i ustaw, i pójdziecie służyć innym bogom, i pokłon będziecie im oddawali, to zgładzę Izraela z powierzchni ziemi, którą im dałem […] i stanie się Izrael osnową przypowieści i przedmiotem drwin u wszystkich ludów – 1 Krl 9,6.7)! Wiedzę tę okoliczne narody nauczyły się wykorzystywać – patrz wydarzenia w Szittim, gdzie Moabici, idąc za radą Bileama, skutecznie zachęcili Izraelitów do bałwochwalstwa (czyt. 4 Mjż 25,1-3).

Nie koniec na tym, bo na przykład Dawid, zmuszony do ucieczki przed Saulem, szuka schronienia i pomocy u władców ościennych narodów. W czasie głodu Eliasz przybywa do Sydonu i mieszka u obcoplemiennej wdowy w Sarepcie. Jeremiasz działa publicznie w Izraelu i wobec babilończyków, którzy dokładnie znają jego sytuację i darzą go przychylnością (por. Jer 40,1-3). Tak samo było, gdy w II wieku przed Chrystusem znów „zostały zburzone podstawy” i większość Izraelitów uległa wpływom hellenistycznym, a Machabeusze podjęli wojnę wyzwoleńczą z Seleukidami i z własnymi braćmi… I tak dalej, i tak dalej.

Może w tym miejscu ktoś powie, że gdyby złe sprawy Izraelitów nie były powszechnie znane, sprawa Boża i chwała Boża mniej by ucierpiały. Ja jednak pytam: Co było problemem – złe czyny Żydów, czy wiedza o tych złych czynach? – Nie należy mylić przyczyn ze skutkami. To, co się dzieje, wcześniej lub później staje się znane, bo jak powiedział Pan Jezus: „nie ma nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajnego, o czym by się dowiedzieć nie miano” (Mt 10,26). Dlatego należy dbać o dobre uczynki i nie martwić się, że ludzie będą o nich mówić: „Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światłości, aby nie ujawniono jego uczynków. Lecz kto postępuje zgodnie z prawdą, dąży do światłości, aby wyszło na jaw, że uczynki jego dokonane są w Bogu” (Jan 20.21).

Tamta starożytna sytuacja znajduje niejednokrotnie odbicie

we współczesnym realiach, w odniesieniu do zborów/kościołów, w których dzieją się złe i bardzo złe sprawy, które przełożeni chcą za wszelką cenę ukryć przed opinią zewnętrzną. Zdaniem niektórych jest to słuszne, jako że życie domowe powinno być chronione, i np. o sprawach małżeńskich nie opowiada się publicznie.

Czy jest to do końca słuszne?

To prawda, że w małżeństwie zdarzają się dobre i gorsze okresy, a mąż i żona powinni być wobec siebie lojalni – z czego wynika wprost, że ich małżeńskie sprawy powinny pozostać w czterech ścianach ich domu. Ale są tutaj konkretne granice. Bo jeśli np. mąż jest tyranem – poniża, bije i tyranizuje żonę i/lub maltretuje dzieci – milczenie jest i niemądre, i wybitnie szkodliwe! Na szczęście zasada: „Nie mów nikomu, co się dzieje w twoim domu!”, która w skrajnych przypadkach doprowadziła do mnóstwa małżeńskich i rodzinnych nieszczęść – coraz częściej staje na cenzurowanym! To samo dotyczy zdrady – cudzołóstwa i wszeteczeństwa – która daje stronie skrzywdzonej podstawę do uzyskania rozwodu (por. Mt 19,1-9) – a to już jest sprawa społeczna, czyli publiczna.

Powiem wprost: Sugestia, by o złych, niszczących życie społeczności sprawach mówić wyłącznie we własnym gronie, to bardzo często propozycja ukrycia dziejącego się zła!

Niestety, niepoprawne zło ma swoich – świadomych lub nieświadomych – obrońców. Bo gdy ktoś, nie widząc szansy załatwienia czegokolwiek w zborze/kościele, powie coś na zewnątrz, przykleja mu się etykietkę człowieka nieodpowiedzialnego – wręcz zdrajcy! Tą droga poszło nominalne chrześcijaństwo; zwłaszcza rzymskokatolickie. Droga ta jest naznaczona różnorakim odstępstwem i na niej wszystko jest możliwe – i tyrania ze strony purpuratów, i nieślubne dzieci księży zmuszonych do celibatu, i pedofilia, i wyzysk wiernych, itp., itd. Wszystkie takie sprawy hierarchowie rzymskokatoliccy chcą zachować wyłącznie do swojej wiadomości i jurysdykcji. I bardzo się denerwują, gdy jakaś sprawa staje się publicznie znana i oceniana. I wtedy krzyczą, że atakowany jest Kościół i… Pan Bóg!

Tylko dlaczego podobną drogą chcą czasami podążać przełożeni zborów/kościołów piętnujący te szkodliwe rzymskie praktyki?…

Pan Jezus Chrystus z naciskiem mówił, że Jego naśladowcy mają być „światłością świata”. (Mt 5,16-14). A zatem „świat” – czyli ludzie wokół nas – patrzą i mają prawo na nas patrzeć, a my powinniśmy tak postępować, by nie musieć niczego przed nimi ukrywać: „Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu” (Mt 5,14.15)!

Ale to jest możliwe tylko w sytuacji, gdy postępujemy uczciwie i sprawiedliwie. „Tak niechaj świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,16). Kto stara się osłonić mgłą tajemnicy swą działalność i rzeczywiste dokonania w Kościele, albo ograniczyć wiedzę o nich do niewielkiego grona osób, tym samym przyznaje się do porażki! Jeszcze gorzej postępuje ten, kto chce usprawiedliwić zło za pomocą tendencyjnych i bałamutnych tłumaczeń.

Eliasz był świadomy dramatów, jakie dzień w dzień

rozgrywały się w wielu rodzinach izraelskich, gdzie od długiego już czasu brakowało wody i chleba… Bo pomyślmy, trzy i pół letnia susza w tamtej szerokości geograficznej, to niedostatek i bieda, to głód i cierpienie dzieci, kobiet i mężczyzn; to także śmierć wielu istnień ludzkich! Wprawdzie za sprawą Boga sam prorok był żywiony przez cały ten okres, najpierw przez kruki nad potokiem Kerit, potem zaś u wdowy w Sarepcie, ale… Ale on dobrze wiedział, co w tym samym czasie dzieje się ziemi izraelskiej! Jak się z tym czuł?…

Ale nagle stało się coś, co powiększyło ten ciężar – nagła śmierć syna wdowy i widok jej rozpaczy!… O stanie jego emocji i duchowej udręce świadczyć może jedno zdanie, jakie wypowiedział w żarliwej modlitwie do Boga: „Panie, Boże mój, czy także na tę wdowę, u której jestem gościem, chcesz sprowadzić nieszczęście, pozbawiając życia jej syna?… Panie, Boże mój, przywróć, proszę, życie temu dziecku!” (1 Krl 17,20.21)…

Ileż bólu i udręki zamyka się w tych słowach!

W chwili, gdy zobaczył leżące bez ducha ciało jedynego syna tej kobiety i usłyszał jej słowa („Co ja ci zawiniłam, męży Boży? Przyszedłeś do mnie, by przywołać na pamięć moją winę i sprowadzić śmierć na mojego syna!” – 1 Krl 17,18 BP), coś w nim pękło…

Słowa proroka są świadectwem tego, jak strasznie ciążyło mu brzemię, jakie wziął na swoje barki w czasach „gdy zostały zburzone podstawy”. Bo nie jest sprawą łatwą wystąpić przeciwko swojemu narodowi, biorąc na siebie odium niechęci i ciężkich zarzutów prostego ludu, oraz otwartej nienawiści odstępczej elity narodu… Niełatwo być banitą, wyklętym rzecznikiem porzuconego przez swych czcicieli Boga, człowiekiem, którego siepacze królowej poszukują jako największego zbrodniarza… Jeszcze trudniej patrzeć na prosty, ale i bezmyślny, oszukiwany lud izraelski – a to przecież on cierpi najbardziej w tragicznych latach suszy… Niełatwo walczyć o Bożą Prawdę, zmagając się z biernością, a często z głęboką i nie ukrywaną niechęcią tych, których chce się uratować… A jeszcze trudniej wołać do Jahwe, by dla uratowania chociaż niektórych, sięgnął po środki ostateczne, i… patrzeć na tragiczne efekty tego!

A teraz, na dodatek, śmierć syna wdowy, która okazała mu tyle życzliwości!

Wprawdzie ona sama wyznała, że wlecze się za nią jakiś wcześniejszy grzech, który teraz – gdy pod jej dachem zagościł prorok Jahwe – ożył i wypłynął na wierzch jak oliwa! Ileż jednak bólu, nieskrywanego żalu i goryczy zawarła w słowach: Przyszedłeś, aby sprowadzić śmierć na mojego syna?!… To znaczyło wprost: Proroku, jakie złe wiatry cię tu przywiały, po coś ty w ogóle się tutaj pojawił?!…

Wszyscy chcemy być akceptowani przez ludzi wśród których żyjemy i pracujemy. Lubimy, gdy na nasz widok rozjaśniają się oczy i twarze znanych nam osób. To naturalne pragnienie i wielka potrzeba każdego człowieka, bo wtedy czujemy się kochani, akceptowani i potrzebni, a życie ma smak i sens!

Wszystko się zmienia, gdy tego zabraknie, a twarze ludzi wyrażają inne zgoła uczucia – chłód i niechęć, gniew i potępienie, żal i pretensję, albo otwartą wrogość… Wtedy jest tak, jakby nagle zgasło słońce, ciemne chmury zakryły niebo, a lodowaty wiatr wwiercał się w kości…

Na takie, naznaczone niechęcią i nienawiścią, a czasem pogardą i drwiną twarze, musiał najczęściej patrzeć prorok Eliasz od czasu, gdy został posłańcem Pana, wypominającym nieprawość możnych i grzechy prostego ludu. Nie kochali go, to jasne, i nie mogli znieść jego karcącego, zapowiadającego Boży sąd głosu! W końcu, czego od nich chciał?… W czym aż tak bardzo zawinili?… Niech idzie swoją drogą, zamiast mieszać się w ich, i tak już trudne życie!…

Niechęć i złość zmieniła się w otwartą wrogość, gdy nastała zapowiedziana kara – susza, która zapowiadała niedostatek, głód i śmierć! Teraz znienawidzonego proroka szukał już nie tylko pałający żądzą mordu król (por. 1 Krl 18,7-14), ale także inni Izraelici… Niechby się tylko pokazał!!!

A tymczasem on sam, posłany przez Boga do Sarepty, jedynie ciałem był obecny w domu wdowy, bo całe serce i wszystkie myśli kierował wciąż do kraju, do ciężko pokaranego ludu izraelskiego. I po raz nie wiadomo już który, analizował wszystko, co wydarzyło się w państwie Achaba; całą swoją działalność aż dnia, w którym w porywie rozpaczy i duchowego uniesienia upadł na twarz i przejęty uwielbieniem dla sprawiedliwego Boga z jednej, a miłością do swego niewdzięcznego narodu z drugiej strony, zaczął prosić o karę, która byłaby dla nich ratunkiem: „Panie, niech nie pada ani deszcz, ani rosa…!”

A teraz na dodatek przygniotło go jeszcze nieszczęście tej biednej kobiety, która tak życzliwie przyjęła go pod swój dach… Z ust udręczonego tymi myślami proroka wyrwała się skarga:

  • Boże mój, dlaczego to wszystko tak się potoczyło…?!
  • Panie, prosiłem Cię o suszę, bo nie widziałem już innego ratunku dla mojego narodu… a teraz, w dzień i w nocy dręczy mnie świadomość tego, co dzieje się w Izraelu…!

  • Wiem, Panie, że jestem tylko Twoim narzędziem i działam z Twojego upoważnienia… Ale, jestem tylko człowiekiem, i to wszystko mnie przerasta… Już nie mam sił… Panie, ulituj się!

  • Boże, czy musi być tak, że z moim imieniem wciąż łączy się sąd i kara…? Czy takżena tę wdowęmusiało spaść nieszczęście wtedy, gdy ja tu jestem?!

  • Panie, Boże mój, błagam, przywróć, proszę, życie temu dziecku!!! 

* *

Trzysta lat później, gdy po raz kolejny „zostały zburzone podstawy”, w podobnej sytucji znalazł się inny Boży prorok, Jeremiasz, który działał w Królestwie Południowym. Zaznał on podobnego losu, co wcześniej Eliasz w Królestwie Północnym. „Osamotniony w swej działalności, w dramatycznych zmaganiach o poszanowanie Bożego Prawa wśród Jego ludu, prześladowany, chłostany i więziony (20,1-3; 26,7-24; 32,1n)! Widząc jak jego umiłowany naród w swym zaślepieniu zdąża ku przepaści, w godzinach śmiertelnej rozterki, bliski zwątpienia, wypomni Bogu narzucenie mu tak trudnej misji (20,7; por. 15,10). Postawiony między dwoma biegunami: Bogiem Jahwe, pełnym miłości, ale zarazem i sprawiedliwości, i własnym, tak bardzo ukochanym przez siebie narodem, musiał piętnować ustawicznie przewrotność swych rodaków i wieścić nieodwołalną karę z zagładą świętego miasta i zniszczeniem ich największej chluby i świętości – Świątyni. Stwarzało to w jego duszy stan niebywałego napięcia, a na zewnątrz powodowało raz po raz konflikty z przedstawicielami warstw rządzących Judy, i z fałszywymi, samozwańczymi <prorokami> (por. np. rozdz. 23). Wytrwa jednak na trudnym posterunku, zgodnie z zapowiedziami Jahwe stawszy się „niby miastem warownym, kolumną żelazną i murem spiżowym” (1,18; por. 15,20), świadom, że naprawdę powołał i posłał go Pan (26,12.15), który włożył swe słowa w jego usta (1,9b; 15,19)…” (Wstęp do księgi Jeremiasza, Biblia Poznańska, t. III, Poznań 1992).

* *

Zdawać by się mogło, że zasadniczym zwrotem w tragicznych losach Eliasza i całego Izraela będą wydarzenia, jakie rozegrały się na górze Karmel (1 Krl r. 18). Ale zwycięstwo, jakie prorok odniósł tam nad kapłanami Baala, nie zmieniło mentalności ludu izraelskiego. Mimo, iż w porywie entuzjazmu padli tam na twarz, wołając: „Jahwe jest Bogiem! Jahwe jest Bogiem!” (1 Krl 18,39), bezpośrednio potem znów pogrążyli się w bałwochwalstwie. Tym bardziej, że Izebel sprawnie zapanowała nad sytuacją – prorokowi przyobiecała bezzwłoczną, krwawą zemstę, a z jej rodzinnego Sydonu wkrótce przybyli do Izraela nowi kapłani Baala…

Groźba Izebel sprawiła, że bohater z Karmelu nagle się przeląkł, wpadł w duchową depresję, opuścił kraj i udał się na Pustynię Synajską (19,1-8)…

Od dłuższego czasu zastanawiam się,

co bardziej dotknęło Eliasza i odebrało mu siły – dysząca zemstą królowa, czy bierność Izraelitów, którzy niemal od razu na powrót pogrążyli się w bałwochwalstwie? I dochodzę do wniosku, że zdecydowanie ta druga okoliczność.

Eliasz był człowiekiem niezłomnych zasad i wielkiej odwagi. Dowiódł tego zarówno wtedy, gdy stanął przed królem, by mu ogłosić nastanie Bożej kary (1 Krl 17,1), jak i wtedy, gdy wezwał Achaba do walnej rozprawy na górze Karmel (1 Krl 18,17-20). Zwłaszcza przebieg tego drugiego spotkania uwidacznia bezkompromisową odwagę proroka. Bo gdy Achab zarzuca mu, iż „czyni zamieszanie w Izraelu”, Eliasz odpowiada: „Nie jać czynię zamieszanie w Izraelu, ale ty i dom ojca twego, gdyż opuściwszy rozkazania Pańskie naśladujecie Baalów. Przeto teraz poślij, a zbierz do mnie wszystkiego Izraela na górę Karmel, i proroków Baalowych czterysta i pięćdziesiąt, przytem proroków gajowych czterysta, którzy jadają ze stołu Jezabeli” (1 Krl 18,17-19 BG). – Jest znamienne, że Achab spełnia polecenie Eliasza, który sam jeden staje odważnie do bezpośredniej konfrontacji z kilkuset prorokami Baala i odnosi nad nimi miażdżące zwycięstwo, wykazując, że to Jahwe jest Bogiem!

Niestety, w relacji biblijnej o tamtych wydarzeniach brak najmniejszej nawet wzmianki świadczącej o prawdziwym duchowym odrodzeniu narodu. Wprawdzie Izraelici pod wpływem silnych emocji przyznali, że to nie Baal, lecz Jahwe jest Bogiem, a potem na polecenie Eliasza uśmiercili bałwochwalczych kapłanów – ale nie zdobyli się na nic więcej…

Nic dziwnego, że gdy Eliasz zorientował się w sytuacji, przeżył załamanie! Nie miał już sił, aby dalej walczyć o lud, który jakby nic się nie wydarzyło, powrócił do bałwochwalcyzch praktyk: „Dosyć już, Panie, weź moje życie, gdyż nie jestem lepszy niż moi ojcowie” (19,4)…

Rozumiejąc sytuację i stan Eliasza, Pan nie włożył już nań kolejnych brzemion, a jedynie –przemawiając do niego „w cichym łagodnym powiewie” – wydał mu ostatnie polecenia. Uczcił go ponadto i wzmocnił jego ducha informacją, że mimo powszechnego odstępstwa tamtych dni, pewna część narodu pozostanie Mu wierna…!

Jakże potrzebna była ta informacja śmiertelnie zmęczonemu prorokowi!

Przed niedawną chwilą – przekonany, że na darmo się trudził, przygnieciony rozpaczą i poczuciem bezsilności – prosił Boga o śmierć („[…] Gorliwie stawałem w obronie Pana, Boga Zastępów, gdyż synowie izraelscy porzucili przymierze z Tobą, poburzyli Twoje ołtarze, a twoich proroków wybili mieczem. Pozostałem tylko ja sam, lecz i tak nastają na moje życie, aby mi je odebrać” – 1 Krl 19,10), a oto nagle dowiedział się, że jego służba, ból i cierpienie, nie były daremne: („Zachowam w Izraelu jako resztkę siedem tysięcy, tych wszystkich, których kolana nie ugięły się przed Baalem, i tych wszystkich, których usta go nie całowały” – 19,18)!

Tamta sytuacja powtarzała się wiele razy w historii ludu Bożego. Bo w każdym, nawet najtrudniejszym czasie, Jahwe miał Swoich wiernych czcicieli, którzy sprzeciwiali się odstępstwu i walczyli o Boże ideały. Ma ich także w naszych, tak trudnych dla wiary i wierności dniach. „Wszakże fundament Boży stoi niewzruszony, a ma tę pieczęć na sobie: Zna Pan tych, którzy są Jego, i: Niech odstąpi od niesprawiedliwości każdy, kto wzywa imienia Pańskiego” (2 Tym 2,19)!

(c.d.n.)